|
poniedziałek, 23 listopada 2009
Moda na wiedźmy, czyli o emo, gotach i serialach TVP
Krew się we mnie burzy i spać nie sposób, kiedy widzę tę nową modę, która oblazła wszelkie dziedziny so called "kultury". Wiedźmy, szeptuchy i czarownice - wszędzie ich pełno, a wszystkie jak z kalki pisane. Zgoza. Oglądam serial, "Dom nad Rozlewiskiem" się to dzieło zowie. Podobno na podstawie książki jakiejś, podobno dobrej, ale mnie to niewiele interesuje, bowiem literatury popularnej nie czytuję, Grochola to dla mnie rzyć, nie pisarka, a Masłowska ma gwiazdki zamiast mózgu. W tymże serialu, prócz nachalnych reklam oleju z trzech ziaren (każda szanująca się wiedźma od dawna zna ten specyfik i przy odrobinie chęci sama jest w stanie go wytłoczyć) a także kawy Mokate, którą piją wszyscy bez wyjątku, występują dwie wiedźmy. Jedna dobra, choć nieco zgorzkniała i cyniczna. Jaśnie oświecona mać głównej bohaterki, którą nieustannie targa życie i która talenty swe wiedźmowskie ujawnia w nieprzewidzianych zgoła okolicznościach. Bo na ten przykład nie jest w stanie uchronić swojego ukochanego przed wrogiem jego - pracoholizmem, natomiast skutki tego pracoholizmu leczy nakładaniem rąk. To ja się pytam - wiedźma to czy bioenergoterapeutka? Bo to spora różnica. Żadna szanująca się wiedźma nie pozwoli posądzić się o związki z wątpliwych talentów szarlatanami, których jedynym darem jest to, że umieją czytać o naturalnym przepływie sił natury. A serialowa wiedźma odprawia jakiś rytuał nad swoim kochankiem i - miast zdjąć z niego zgubne skutki przepracowania - wzbudza w nim chuć do jego wieku nieodpowiednią (choć przyznać muszę, że pani Braunek wygląda w tej roli zdecydowanie apetycznie). Prócz tego wiedźma charakteryzuje się wielką mądrością życiową i na każdy smutek ma jakieś hasełko, choć na własne smutki poradzić nic nie umie. Nieco nadziei wzbudził we mnie serial "Charmed" (po polsku tytuł brzmiał "Czarodziejki" choć z czarodziejkami siostry Halliwell niewiele mają wspólnego). Zaczyna się niewinnie, od mitu o dziedziczności cech wiedźmich, by potem rozwinąć się w satanistyczną operę mydlaną tudzież grę komputerową, w której główne bohaterki z odcinka na odcinek pokonują coraz silniejszego "bossa". Po drodze rodzi się dziecko, sam diabeł nastaje na ich życie, a jedna z nich bzyka się z czymś w rodzaju anioła. Wesoło jak w cyrku. Zawód straszny dla biednej wiedźmy przed telewizorem, która znów nie ma co oglądać. Szczerze mówiąc już wolę blondynkę o kretyńskim imieniu Buffy, która zabija wampiry urokiem osobistym (bo w siłę w tym cycastym, ale wątłym ciałku uwierzyć się nie da). Ale jest - siostry - nadzieja. Niewinnie wyglądający serial "Ranczo" przywołuje dość archaiczny, ale zdecydowanie najbardziej prawdziwy wizerunek wiedźmy - wiejskiej szeptuchy. Babka jest stara, mieszka sama w lesie, w drewnianej chatce pełnej ziół. Jest powszechnie poważana, choć bierze się to także po części ze strachu. Gdy trzeba - pomaga zagubionym duszom, gdy trzeba - postraszy i samego wójta, jednym skinięciem dłoni sprowadzając go do poziomu chodnika. W tym właśnie odcinku niejednoktornie podkreśla się związek Babki (tak ją zwą) z Naturą. I to jest piękne. Serial nie opowiada o przygodach Babki Zamawiaczki, która swoją mocą burzy i wznosi. Babka jest postacią tła, jednak bardzo ważną dla mieszkańców wsi Wilkowyje. Są odcinki, w których w ogóle się nie pojawia, ale gdy już wkracza do akcji, każdy jest świadom jej udziału. Nie boi się ludzkich zawistnych spojrzeń, po prostu robi swoje. I to właśnie na tym wizerunku powinni się wzorować twórcy seriali. Każda wiedźma musi czasem ugotować obiad (w którym zwykle nie występuje ogon traszki i korzeń piołunu), musi chodzić do sklepu, płacić podatki. Ale kiedy trzeba potrafi swoją mocą i nieustraszoną postawą doprowadzić do wielkich zmian. Dlatego lepiej jeśli gothic lolitki zaczną wzorować się na Babce z "Rancza" zamiast na siostrach Halliwell (czyżby spajsetka miała z nimi coś wspólnego?) i nie zaczną pisać zaklęć miłosnych własną krwią i różowym długopisem z brokatem w zeszycie w kratkę z podobizną Miley Cyrus na okładce. (Bo skoro świat idzie do przodu to niby czemu księgi zaklęć mają być oprawiane w ludzką skórę?) Bo takie emo i gothic lolitki (i niech mnie przedstawiciele tych subkultur nie linczują, ponieważ i w ich obronie występuję) koniecznie muszą być wiedźmami. I zaręczam, że to nie jest zasługa nagłego wzorstu urodzeń dziewcząt z darem czerpania i władania siłami Matki Natury, a wina takich tworzydeł jak "Buffy, postrach wampirów", "Czarodziejki", "Szkoła czarownic" i "Harry Potter"... To z tej zarazy biorą się młodociane wicca, które potem z sideł różnych upiradeł trzeba ratować (bo wywołać łatwo, ale odesłać już nikt nie nauczył) albo do zmysłów przywoływać jak im strzyga pod oknem zawyje. Ja wiem, że musi być mhok, żeby było tru, ale życie wiedźmy wcale nie jest osnute mhokiem i codziennym ubijaniem demonów (może też dlatego, że niektóre potrafią być bardzo pożyteczne), tylko codzienną pracą i przeciwnościami, które trzeba pokonywać. Wiedźmą nie zostaje się nagle, przywdziewając podartą kieckę i rajtuzy w paski (odwołuję się do mojego nieco cynicznego przebrania na Falkonie 2k9). Moda - jak to moda - przemija. Mam nadzieję, że nidługo nastanie moda na zostanie np. aniołem (już widzę sklepy pełne szkrzydełków) i trochę mniej będzie roboty z ratowaniem młodocianych przed ich własną głupotą. I może znikną z ekranu TV pseudoczarownice... Mam nadzieję, że tak się stanie, bo niedługo sama zacznę nawoływać do palenia na stosie...
wtorek, 08 września 2009
Biur(w)okracji oblicza ludzkie
Wydarł się na mnie ostatnio klient. I to nie "tonem nieznoszącym sprzeciwu" czy "podniesionym głosem". Po prostu się darł. Jakby go kto ze skóry obdarł i solą sypał. - Bank XYZ z o.o., kancelaria, słucham? Zdarza się czasem, że dotychczasowy petent staje się biurwą (lub biurwem, nie wiem czemu to określenie ma tylko formę żeńską - relikt Polski Rajskiej Ludowej?!). Jak to się mówi - przechodzi na drugą stronę barykady, siada za biurkiem i... No właśnie - i co? Niekoniecznie. Uczy się, stara, wyrabia plany, uśmiecha się do każdego klienta i petenta, załatwia sprawy, podpisuje się średnio 130 razy dziennie, stawia masę pieczątek, dwoi się, troi, ledwie żyje, a po powrocie do domu dzieciaki drą mordy, a mąż czeka na obiad (ewentualnie żona na poodkurzanie dywanów). Oczywistym faktem jest, że to urzędnik jest dla klienta, a nie klient dla urzędnika, ale to, co niektórzy klienci sobie myślą woła o pomstę do świętego Mateusza, patrona urzędniczej gawiedzi. Wpada na ten przykład taka pani, objuczona zakupami i dzieciarnią, przy czym dzieciarnię od siat czasem trudno rozróżnić, póki się nie usadowią - wtedy siaty zostają, a diablęta się rozbiegają na wszystkie strony. Kobita staje w kolejce, dzieci włażą wszędzie, drą się, a mamusia uspokaja je słowami "Jacuś, nie idź tam! Justynko chodź do mamy!" oczywiście na cały ryj. Oczywiście dzieciarnia nie słucha, na co szanowna mać zwracać uwagi nie raczy. Oczekuje cierpliwie i trajkotliwie z sąsiadką z parteru (oczywiście zapomniawszy o mówieniu głosem przyciszonym). - Pani Jadziu, a słyszałam że ta Kowalska spod piątki ma raka macicy! A rozdzieranie japy na salę pełną ludzi o intymnych problemach sąsiadki Kowalskiej to jest co? Przykład do naśladowania? Szczyt dobrego wychowania? No i wreszcie nadchodzi kolej szanownej maci na zasadzenie dupska na fotelu przy obsłudze. Toteż dupsko siada, najmłodsze dziecię bierze na kolana, nieco starsze wisi jej na szyi a najstarsze wsadza łeb za barierę dzielącą dysponentkę od klienta. - Wypłatę chciałam! - rzecze mać. I wtedy się zaczyna. Wśród siat, siatek i toreb mać zlokalizować próbuje tę, w której ma dokumenty. Trwa to dobrych kilka minut, ponieważ - jak wiadomo - trudno odróżnić żółtą torbę z napisem Biedronka od damskiej torebki. Wysupławszy uśmiechniętej, mimo zniecierpliwienia i przerażenia wydłużającą się kolejką, kasjerce dowód wzdycha głęboko i z żalem (nie daj pambu zapytać czemu tak wzdycha - naprawdę można się dowiedzieć...). Wziąwszy dowód dysponentka stuka w klawisze, po czym stwierdza: - Nie mam w bazie klienta o takim nazwisku, przykro mi. Wiązanka jest produkowana oczywiście z dupskiem wciąż zasadzonym na fotelu. Trwa powolne, przerywane lamentami, chowanie dokumentu tożsamości. Najmłodsza latorośl się rozpłakuje, najstarsza znika z pola widzenia. Gdy mać wreszcie wychodzi na sali unosi się tylko zapach jej tanich, duszących perfum i echo jej krzyków. Po powrocie do domu mać zapewne spotka sąsiadkę Kowalską, która - z braku innych problemów w życiu, wysłucha jej lamentów na temat wizyty w banku. Ale taka szanowna mać nie rozumie, że kasjerka ma kubek z kawą na biurku, bo nie ma chwili, żeby się po dupie podrapać, a co mówić o lataniu do kuchni. I piję tę kawę zimną już czwartą godzinę, bo pociąga łyczkami między klientami. Nie rozumie, że mogłaby wylecieć z pracy za wypłatę nieupoważnionej osobie. I nie rozumie, że o kulturze osobistej zielonego pojęcia nie ma. Biurwa też człowiek. Trzeba się nad tym zastanowić podczas najbliższej wizyty w urzędzie, na poczcie, czy w banku. Uśmiecha się sztucznie, bo syn odszedł od żony, czasem się zamyśli, czasem jest głodna, czasem śpiąca, spragniona. Oczywiście nie usprawiedliwiam ich wszystkich. Oczywiście zdarzają się powolne, niedouczone, wredne, śmierdzące biurwiszony. Ale odróżnić nietrudno. Mówi się, że to relikty PRLu. Ale chyba klienci, mając to na myśli, zapominają, by samemu przestać taki reliktem być. Bo poza biurwą rodem z Polski socjalistycznej, jest też PRLowski petent - przyzwyczajony do walki z urzędnikiem, zaparty, również niedouczony i chamski. Jeśli ten facet jeszcze raz zadzwoni, to przysięgam, nabluzgam mu do słuchawki, a zapisałam sobie jego numer na wszelki wypadek. Wolno mi. W kodeksie etyki stoi jak byk, że szanować należy klienta, przełożonych i współpracowników. A on nawet nie będzie do końce wiedział, gdzie się dodzwonił.
sobota, 29 sierpnia 2009
Bajka o "miłości" bez happy endu
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. [1 Kor 13, 1]
Jak zwykle natchnął mnie Internet. Nie cały, oczywista, choć mój brat twierdzi, że siedząc tyle przed komputerem, zdołałam już trzy razy przeczytać cały Internet.
Lekcja 4 Temat: Nieszczęśliwie zakochani i ich nudne i nikomu niepotrzebne wywody w sieci, w miejscach do tego zgoła nie przeznaczonych
A teraz czytajcie uważnie, bo przeczytać będziecie musieli drugi raz. Oglądam ja sobie czasem stronkę demotywatory.pl, która skarbnicą wiedzy i rad życiowych jest niezmierzoną i niewyczerpaną. Starczy podać, że w minutę powstaje około 20 demotywatorów. Serwis służy tworzeniu plakatów o silnym ładunku motywującym lub demotywującym. I nagle widzę obrazek. Jakiś fotomontażyk, słabej jakości, przedstawiający smutną kobietę. I podpis pod nim. Już absolutnie pomijam fakt, że pasuje ten podpis do tego obrazka jak kijaszek do rzyci. "Olewasz dziewczynę która, cię kocha a ganiasz za taką co olewa ciebie..." (by pawlik95 @ demotywatory.pl) Znów jestem zmuszona pominąć błędy w tym zdaniu, choć zachowanie oryginalnej pisowni było dla mnie bardzo trudne (i bolesne). Przechodząc do meritum tego całego wywodu: Co mnie, dzieciaki kochane, obchodzi, żeście się nieszczęśliwie pozakochiwały?! Czy o tym - skądinąd smutnym - fakcie musi wiedzieć całe Wasze otoczenie sieciowe?! Jak znam delikwentkę, która to (pod sprytnie sfabrykowanym męskim nickiem) wrzuciła, na Sprechen-Sprechen ma opis "ZuAmAnE sErD00shkO :/ :( :( :"(", na naszej-klasie wyrzuciła chłopaka ze znajomych, a na twitterze tonie w otchłani rozpaczy, pisząc o samobójstwie za pomocą świecowej kredki. Ileż można? Dalej - starając się pojąć sens wywodu, wysuwam zgoła niewesołe wnioski! Otóż dzisiejsze czternastolatki wolą, żeby chłopiec z nimi "chodził" z litości, nic do nich nie czując, niż żeby chodził z tą, którą lubi. A nie da się jedną miłością obdarzyć dwojga ludzi. Żeby to jeszcze była miłość... Heh, zauroczenie nędzne i prymitywne. I niech mi kto spróbuje wmówić, że trzynastolatek jest zdolny kochać kogoś poza matką, ojcem i rodzeństwem (co i tak nie zawsze im się udaje). Przesłanie tego obrazka brzmi wręcz: "Jeśli ja się w tobie zakochałam, to mam w dupie to, w kim kochasz się ty, dopóki to nie będę ja". Chore! Do psychiatryka z małolatami! Najpierw się naoglądają seriali typu Hannah Fontannah czy inne Roscoe, a potem żąda księcia z bajki. Książęta z bajki są wszyscy do siebie podobni. Jeden pajac ogląda Twilight i wzoruje uczesanie na średnioszkolnym niedorozwiniętym wampirze (jakby był dorozwinięty to by pannę zjadł jak na wampira przystało). Potem większość dziewcząt zerka na niego i się zachwyca, jaki on do Patisona podobny. Oczywiście pustogłowy patison prędzej obwiesi pokój plakatami Summer Glau i będzie się przy nich masturbował. Taka natura chłopiąt w tym wieku. I niech mi kto powie, że dziewczęta dojrzewają szybciej od chłopców. Tam powinien być jeszcze warunek w tej hipotezie - po dwudziestym roku życia. Przedtem wszyscy mają pstro w głowie, gówno wiedzą o miłości i życiu i stanowczo za dużo oglądają amerykańskich seriali dla "młodzieży". Mam nadzieję, że nie czyta mnie żadna rozhisteryzowana czternastolatka, niech mnie moderacja komentarzy ma w swojej opiece.
czwartek, 27 sierpnia 2009
O Rydzykach i innych grzybkach halucynogennych
Ja sam na sobie dokonałem eutanazji, bo się zatruwam trucizną o nazwie alkohol. Dzisiaj byłem w kościele – pierwszy raz od wielu lat – i jak posłuchałem co wy tam za idiotyzmy wygadujecie, to Bogu dziękuję, że jestem alkoholikiem. Nazywam się Marian z Płocka... Nareszcie wena. Oto natchnięta zbiorem cytatów z radia, co ma ryja, zastanawiać się głębiej zaczęłam nad rakiem trawiącym nasz zdrowy polski naród od wewnątrz - katolickimi radykałami i bojówkami o wdzięcznej nazwie Moherowe Berety. Wszyscy oni mają jeden wspólny mianownik - skrajne zakłamanie. Tak skrajne, że kłamią sami sobie w żywe oczy i sami swoim własnym kłamstwom wierzą. Bajucha pierwsza - wniebowzięty Bajucha druga - piekło na ziemi Bajucha trzecia - правда Reakcja normalnego człowieka na te bajki jest raczej przewidywalna. "Skurwiel pedofil, jakbym znał to bym zabił", "O Boże, jaki biedny chłopiec, dobrze że się stamtąd wynieśli", "Powinno się wydać wcześniej". A co z tzw. katolickimi radykałami? Aż mam dreszcze lęku na plecach, gdy pomyślę, co na temat tej sprawy mogłabym usłyszeć na antenie Radia Maryja. Wybierać można spośród powszechnie znanych reakcji słuchaczy i prowadzących audycje: Szokujące? No dajcie spokój. Przecież tymi tekstami od kilkunastu lat kipi RM, a od kilku i TV Trwam. Każdy mówi, że o. Grzybek to zło wcielone. Moim zdaniem został przysłany przez samego Szatana, żeby od środka wytrawić bogobojny naród polski. Za takie stwierdzenie od moherowych bojówek można dostać w łeb. Zapalczywość, z jaką te kobiety nastawiają pięści, przeraża nawet mnie, a różnego kalibru ataki złości miewałam. W oczach widać, że są gotowe zabić. I mówię to z pełnym przekonaniem. Każdą członkinię tego szacownego grona powinno się zamknąć w psychiatryku. Najdroższy ojcze Rydzyku. Jesteśmy z tobą. Jak by ktoś chciał na ciebie rękę podnieść, to ja nie wiem co bym mu zrobiła... najdroższy i uwielbiony ojcze. Ty jesteś dla mnie więcej jak Bóg... (płacz) Sto razy więcej jak Bóg... ukochany ojcze. Oni wszyscy będą musieli z tego kiedyś zdać świadectwo. Przed Bogiem i przed tobą, bo ty będziesz siedział na jego prawicy. A Bóg słucha. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ. Masz czas na zastanowienie się, nim przeczytasz dalej. Słuchacz: – W Oświęcimiu nigdy nie było komór gazowych. Ta propaganda głoszona jest przez lobby homoseksualistów amerykańskich. JEZUS BYŁ ŻYDEM. A teraz myśl. Jeśli nie - zapraszam na mordobicie. A że ukrywam się za nickiem - telefonów komórkowych się nauczyliście obsługiwać, to może i zaawansowana obsługa Internetu kiedyś do Was dotrze. Jeśli tak - współczuję. Może być ciężko. Babcia może wydziedziczy. Odetnij kabel od radia i zacznij myśleć. Amen Moorniredrum
wtorek, 02 czerwca 2009
Bida z nyndzo panie
- I jak było? Przychodzi taki dzień, że musi człek zebrać dupę w troki i wyruszyć na samiuśki koniec świata. Wytarabani się z całym swym jestestwem po polskich drogach, wymiętoli w pociągu, wymarznie próbując w niedzielę o 9:00 rano złapać okazję. I dotrze tam, gdzie psy dupami szczekają. Do Rodziny. Rodzina rzecz święta, tym świętsza im liczniejsza - rachunek prosty - moja jest przenajświętszą z rodzin. Dzieciów jak mrówków. Po ośmioletniej rozłące trudno najdrobniejsze poznać. Niektórych jeszcze na świecie nie było kiedy ostatni raz tam byłam. Znam ich tylko ze zdjęć na n-k. Oczywiście foty bohate, słodkie, pięknuśne. I przekracza człek średniego wzrostu próg chałupy (nie nazwałabym tego nigdy domem) prawie zahaczając łepetyną o framugę. Zaraz zaczyna go oblepiać wszechobecny brud i syf. Kurz, który wycieram co tydzień z wielkim fochem sam by uciekł na widok tego, co zastaje się na końcu świata. W duchu cieszę się, że nie założyłam jasnych ubrań. A im głebiej tym tego więcej. Duszące i przytłaczające wrażenie. W pokoju, w którym ma się odbyć przyjęcie na podłodze w wiadrze dziewczynka miesza sałatkę. Rękoma. Którymi wcześniej wytarzała na podwórku kilka zapchlonych kundli. Ale nie takie rzeczy się jadło - da się przeżyć. Dalej złączone stoły obstawione wszystkim, na czym da się siedzieć. Wszystko ledwie trzyma się kupy. - A sąsiadka nie ma konta na naszej klasie! Masz się czym kurwa chwalić. Bida oj bida. Nawet bida z nyndzo. Ale w tych durnych zakutych łbach.
wtorek, 12 maja 2009
O prawnikach z wieloletnim stażem, czyli jak ukończyć Uniwersytet Dowolny bez podstaw gramatyki języka polskiego...
Dziś nie będzie bajuchy, bo bajuchy powinny dobrze się kończyć, a ta kwestia do niczego dobrego nie prowadzi. I znów natchnęło mnie pewne Forum, na którym nieprzyjemność mam bytować. I to nie dlatego, że samo Forum jest be. Ba, nawet większość użytkowników ma łeb na karku. Ale niektóre zjawiska potrafią zabić. I to nawet już nie śmiechem... Otóż na tym Forum egzystuje sobie, oprócz stadka Świętego Bydła, również niemała grupka osób z tytułem co najmniej profesora z dziedziny prawa karnego i cywilnego, public relations, zarządzania zasobami ludzkimi, polonistyki i etyki. Oczywiście każdy posiada dyplom, habilitację i inne papiórki potrzebne do zostania jaśnie oświeconym mentorem wśród zbiegowiska średniowiecznie ciemnego luda. Papiórkami tymi legitymuje się na prawo i lewo, oznajmniając, iż "jako prawnik z wieloletnim starzem ostszegam"* oraz "tak się składa rze jestems specialistom w tej dziedzinie"*, by przypomnieć przytłaczającej ich ciemnogrodzkiej masie, że są ponad nimi wszystkimi, ponieważ "posiadajom dyplom"**. Zastanawiam się czy w tymże przypadku można się zaśmiać czy chociażby pokiwać głową z politowaniem. Gdyż to woła o pomstę do któregokolwiek z nieb - katolickiego, indiańskiego czy ludów Kaukazu. Na bogów, jaka uczelnia pozwala zdobyć tytuł magistra osobie, która nie potrafi napisać spójnika "że" nie robiąć błędu ortograficznego, która musi się bardzo starać, by spójnik "który" napisać tylko z jednym takimże błędem! Jeśli takie uczelnie są w Polsce, to ja się zrzekam obywatelstwa tego kraju! Dalej - jeśli prawnik z wieloletnim stażem nie potrafi napisać jednego zdania poprawnie to - na litość Buddy - jak on wykonuje swoją pracę?! Ale wytłumaczenie jest jedno i chyba każdemu z ilorazem inteligencji wyższym niż iloraz inteligencji dwu kopulujących pantofelków nasuwa się ono od razu po przeczytaniu wypocin takiego delikwenta. Stąd apel: Zidiocenie potrafi wykończyć nawet najtwardsze jednostki, ale ja się nie dam. Może kogoś da się uratować...
* Zachowana oryginalna pisownia.
poniedziałek, 11 maja 2009
O świętych krowach (notka bynajmniej podróżnicza)
Zjawisko nie nowe, ale całkiem nieobszernie opisywane to - Święta Krowa Internetowa.
Inspiracją dla napisania tej notki jest pewien Święty Krowi Placek z pewnego Forum, wszelkie kondolencje proszę składać szanownej maci. Każdy z nas (chyba, że czytasz wydrukowaną wersję notki - wtedy zatłucz tego, kto Ci to dał i wyślij maila do mnie - zgłoszę się po tantiemy) ma dostęp do pewnego bardzo niebezpiecznego narzędzia. Internetu. Ale spora grupa (mam nadzieję, że 100% czytających tę notkę) jest w pełni świadoma praw i obowiązków wynikających z odpalenia przeglądarki. Unfortunately - nie wszyscy. Zjawisko, które dziś doprowadziło mnie do skopcenia połowy zapasu najlepszego fajkowego ziela (dla niekumatych - tytoniu, nie marihuany), ochrzciłam mianem Świętej Krowy Internetu. Zjawisko jest bardzo proste - najpierw toto upatruje sobie miejsce bytowania. Łączkę pełną trawy do żucia, na którym bytuje stosunkowo niewiele takich stworów (forum onetu odpada) i zaczyna żerowanie. Ale na początku Krowa jest zjawiskiem zgoła niewinnym, a nawet pożytecznym. Robi sobie opinię. Obrasta w tłuszcz kolektywnie skubiąc trawkę z owieczkami pospołu. Ale nie przestaje być czujna. Do każdej owieczki ma cierpliwość, z każdą rozmawia. Staje się powolutku guru, w swoim mniemaniu oczywiście. W tym czasie jego tłuszcz rośnie w postępie arytmetycznym, zaś ego w postępie geometrycznym. Natomiast negatywnym zjawiskiem staje się Święta Krowa Internetowa dopiero gdy pozycję zaczyna tracić. A bo to się okazuje, że nie taka znów mądra jak się malowała. No i łączki nie są stałe. Łączki się zmieniają. Owieczki widzą, że Krowa jest Krowa i sobie prędzej jakiego barana wybiorą na szefa stada niż Krowę. I wtedy Krowa staje się modelem BSE. Najpierw leci foch z przytupem. Krowa spierdala z łączki z hukiem, zabierając nawet własne placki z trawy. Zapada miła cisz, którą przerywają tylko bzyczące muchy. Może i by nie wróciła, gdyby nie to ego, które się w furtce wyjściowej zaklinowało i któremu dobrze na tej łączce. Dlategoż Krowa wraca i zaczyna się zachowywać jak szef stada, nie zauważywszy zza swojego tłuszczu, że rządzą nim teraz same Owce i Barany. Każdy ma go w głębokim poważaniu. (Prócz nielicznego fanklubu, który przemian społecznych na łączce nie zauważył, ale to margines intelektualny łączki, niewart dłuższego wspomnienia). Samozwańczy szef szefów Krowa próbuje wrócic do łask. Ale już nie jest wszystka trawa jego. Teraz za uskubanie źdźbła z poletka owieczki może dostać baty... Krowa miota się coraz bardziej. Coraz mniej myśli. Potyka się o własne nogi obsrane z tyłu i nie czyszczone nawet przez Wiernych. I każdy ma Krowę głęboko. Przegania kijem. Rada? Krowę należy olać obficie ciepłym moczem. Pogonić kijem. Albo łańcuchem. Kiedyś sobie pójdzie. Będzie więcej miejsca na łączce... :) |
Zakładki:
|