RSS
poniedziałek, 23 listopada 2009
Moda na wiedźmy, czyli o emo, gotach i serialach TVP

Krew się we mnie burzy i spać nie sposób, kiedy widzę tę nową modę, która oblazła wszelkie dziedziny so called "kultury". Wiedźmy, szeptuchy i czarownice - wszędzie ich pełno, a wszystkie jak z kalki pisane. Zgoza.

Oglądam serial, "Dom nad Rozlewiskiem" się to dzieło zowie. Podobno na podstawie książki jakiejś, podobno dobrej, ale mnie to niewiele interesuje, bowiem literatury popularnej nie czytuję, Grochola to dla mnie rzyć, nie pisarka, a Masłowska ma gwiazdki zamiast mózgu.

W tymże serialu, prócz nachalnych reklam oleju z trzech ziaren (każda szanująca się wiedźma od dawna zna ten specyfik i przy odrobinie chęci sama jest w stanie go wytłoczyć) a także kawy Mokate, którą piją wszyscy bez wyjątku, występują dwie wiedźmy. Jedna dobra, choć nieco zgorzkniała i cyniczna. Jaśnie oświecona mać głównej bohaterki, którą nieustannie targa życie i która talenty swe wiedźmowskie ujawnia w nieprzewidzianych zgoła okolicznościach. Bo na ten przykład nie jest w stanie uchronić swojego ukochanego przed wrogiem jego - pracoholizmem, natomiast skutki tego pracoholizmu leczy nakładaniem rąk. To ja się pytam - wiedźma to czy bioenergoterapeutka? Bo to spora różnica. Żadna szanująca się wiedźma nie pozwoli posądzić się o związki z wątpliwych talentów szarlatanami, których jedynym darem jest to, że umieją czytać o naturalnym przepływie sił natury. A serialowa wiedźma odprawia jakiś rytuał nad swoim kochankiem i - miast zdjąć z niego zgubne skutki przepracowania - wzbudza w nim chuć do jego wieku nieodpowiednią (choć przyznać muszę, że pani Braunek wygląda w tej roli zdecydowanie apetycznie). Prócz tego wiedźma charakteryzuje się wielką mądrością życiową i na każdy smutek ma jakieś hasełko, choć na własne smutki poradzić nic nie umie.
Druga wiedźma jest niespełna rozumu. Dosłownie. Lekko upośledzona Kasia (chociaż zastanawiam się czemu niby ludzie lekko upośledzeni umysłowo muszą mieć jakieś bardzo widoczne cechy lub tiki - Kasia bez przerwy powtarza "tak") to uosobienie dobrego ducha domu wyżej wymienionej maci. I Kasia właśnie prawdziwą wiedźmą zdaje się być. Niewątpliwie związana z matką naszą, Naturą, z zewnątrz głupia i naiwna, niesłychane pokłady mądrości w sobie nosi. Ujawia je, rzecz jasna, tylko i wyłącznie kiedy któraś z głównych bohaterek tego potrzebuje, by dokonać zwrotu akcji w postaci ważkiej decyzji o swoim życiu. I byłaby to wiedźma całkiem symatyczna, gdyby scenarzyści nie popieprzyli mitu Pani Jeziornej, Pani Wiosny i zwykłej szeregowej wiedźmy. Bo Kasia i pogodę zaklina, i w kwiatach się lubuje, a i od kontaktu z duchami nie stroni, jakby była wcieleniem wszelkiego zabobonu na mazurskiej wsi. Po co - ja się pytam? Czy my, wiedźmy, nie możemy dostać zacnej głównej roli w jakimś serialu? Jak nas nie umieszczają w durnych rozterkach miłosnych na mazurskich bezdrożach, to dadzą durnowate imię Sabrina i pozwolą odwiedzać inny wymiar przez szafę...

Nieco nadziei wzbudził we mnie serial "Charmed" (po polsku tytuł brzmiał "Czarodziejki" choć z czarodziejkami siostry Halliwell niewiele mają wspólnego). Zaczyna się niewinnie, od mitu o dziedziczności cech wiedźmich, by potem rozwinąć się w satanistyczną operę mydlaną tudzież grę komputerową, w której główne bohaterki z odcinka na odcinek pokonują coraz silniejszego "bossa". Po drodze rodzi się dziecko, sam diabeł nastaje na ich życie, a jedna z nich bzyka się z czymś w rodzaju anioła. Wesoło jak w cyrku. Zawód straszny dla biednej wiedźmy przed telewizorem, która znów nie ma co oglądać. Szczerze mówiąc już wolę blondynkę o kretyńskim imieniu Buffy, która zabija wampiry urokiem osobistym (bo w siłę w tym cycastym, ale wątłym ciałku uwierzyć się nie da).

Ale jest - siostry - nadzieja. Niewinnie wyglądający serial "Ranczo" przywołuje dość archaiczny, ale zdecydowanie najbardziej prawdziwy wizerunek wiedźmy - wiejskiej szeptuchy. Babka jest stara, mieszka sama w lesie, w drewnianej chatce pełnej ziół. Jest powszechnie poważana, choć bierze się to także po części ze strachu. Gdy trzeba - pomaga zagubionym duszom, gdy trzeba - postraszy i samego wójta, jednym skinięciem dłoni sprowadzając go do poziomu chodnika. W tym właśnie odcinku niejednoktornie podkreśla się związek Babki (tak ją zwą) z Naturą. I to jest piękne. Serial nie opowiada o przygodach Babki Zamawiaczki, która swoją mocą burzy i wznosi. Babka jest postacią tła, jednak bardzo ważną dla mieszkańców wsi Wilkowyje. Są odcinki, w których w ogóle się nie pojawia, ale gdy już wkracza do akcji, każdy jest świadom jej udziału. Nie boi się ludzkich zawistnych spojrzeń, po prostu robi swoje.

I to właśnie na tym wizerunku powinni się wzorować twórcy seriali. Każda wiedźma musi czasem ugotować obiad (w którym zwykle nie występuje ogon traszki i korzeń piołunu), musi chodzić do sklepu, płacić podatki. Ale kiedy trzeba potrafi swoją mocą i nieustraszoną postawą doprowadzić do wielkich zmian.

Dlatego lepiej jeśli gothic lolitki zaczną wzorować się na Babce z "Rancza" zamiast na siostrach Halliwell (czyżby spajsetka miała z nimi coś wspólnego?) i nie zaczną pisać zaklęć miłosnych własną krwią i różowym długopisem z brokatem w zeszycie w kratkę z podobizną Miley Cyrus na okładce. (Bo skoro świat idzie do przodu to niby czemu księgi zaklęć mają być oprawiane w ludzką skórę?) Bo takie emo i gothic lolitki (i niech mnie przedstawiciele tych subkultur nie linczują, ponieważ i w ich obronie występuję) koniecznie muszą być wiedźmami. I zaręczam, że to nie jest zasługa nagłego wzorstu urodzeń dziewcząt z darem czerpania i władania siłami Matki Natury, a wina takich tworzydeł jak "Buffy, postrach wampirów", "Czarodziejki", "Szkoła czarownic" i "Harry Potter"... To z tej zarazy biorą się młodociane wicca, które potem z sideł różnych upiradeł trzeba ratować (bo wywołać łatwo, ale odesłać już nikt nie nauczył) albo do zmysłów przywoływać jak im strzyga pod oknem zawyje. Ja wiem, że musi być mhok, żeby było tru, ale życie wiedźmy wcale nie jest osnute mhokiem i codziennym ubijaniem demonów (może też dlatego, że niektóre potrafią być bardzo pożyteczne), tylko codzienną pracą i przeciwnościami, które trzeba pokonywać. Wiedźmą nie zostaje się nagle, przywdziewając podartą kieckę i rajtuzy w paski (odwołuję się do mojego nieco cynicznego przebrania na Falkonie 2k9).

Moda - jak to moda - przemija. Mam nadzieję, że nidługo nastanie moda na zostanie np. aniołem (już widzę sklepy pełne szkrzydełków) i trochę mniej będzie roboty z ratowaniem młodocianych przed ich własną głupotą. I może znikną z ekranu TV pseudoczarownice... Mam nadzieję, że tak się stanie, bo niedługo sama zacznę nawoływać do palenia na stosie...

11:06, moorniredrum
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 września 2009
Biur(w)okracji oblicza ludzkie

Wydarł się na mnie ostatnio klient. I to nie "tonem nieznoszącym sprzeciwu" czy "podniesionym głosem". Po prostu się darł. Jakby go kto ze skóry obdarł i solą sypał.

- Bank XYZ z o.o., kancelaria, słucham?
- NO NARESZCIE, DODZWONIĆ SIĘ DO WAS NIE MOŻNA!
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- JUŻEŚCIE MI BIURWY JEDNE NAPOMAGAŁY! DEBETU MAM TRZY TYSIĄCE! CO TO MA KURWA ZNACZYĆ!
- Proszę się uspokoić i powiedzieć o co chodzi.
- JUŻ TY WIESZ O CO CHODZI ZŁODZIEJKO, DZIWKO JEDNA! ODDAJCIE MI MOJE PIENIĄDZE!
- Czy jest pan klientem złotym, firmowym czy detalicznym?
- NO JESTEM WASZYM KURWA KLIENTEM! ODDAJCIE PIENIĄDZE, BO JAK TAM PRZYJDĘ TO ZA SIEBIE NIE RĘCZĘ KURWY JEBANE!
- Proszę się uspokoić, albo będę zmuszona przerwać rozmowę.
- JA CI PRZERWĘ, JA CI TAK PRZERWĘ, ŻE SIĘ NIE POZBIERASZ. RÓB MI TU PRZELEW Z POWROTEM NA MOJE KONTO! MÓWIŁ MI SZWAGIER, ŻE TE Z ZYX TO ZŁODZIEJE!!!
- Proszę pana, ale to jest bank XYZ z o.o.
- ŻE CO?
- Bank XYZ z o.o.
- a...
*trzask*
*sygnał przerwanego połączenia*

Zdarza się czasem, że dotychczasowy petent staje się biurwą (lub biurwem, nie wiem czemu to określenie ma tylko formę żeńską - relikt Polski Rajskiej Ludowej?!). Jak to się mówi - przechodzi na drugą stronę barykady, siada za biurkiem i...

No właśnie - i co?
Zaczyna zajadać kiełbasę do okienka?
Pije cztery litry kawy na godzinę?
Przegryza kabel od telefonu, żeby nikt się nie mógł dodzwonić?

Niekoniecznie.

Uczy się, stara, wyrabia plany, uśmiecha się do każdego klienta i petenta, załatwia sprawy, podpisuje się średnio 130 razy dziennie, stawia masę pieczątek, dwoi się, troi, ledwie żyje, a po powrocie do domu dzieciaki drą mordy, a mąż czeka na obiad (ewentualnie żona na poodkurzanie dywanów).

Oczywistym faktem jest, że to urzędnik jest dla klienta, a nie klient dla urzędnika, ale to, co niektórzy klienci sobie myślą woła o pomstę do świętego Mateusza, patrona urzędniczej gawiedzi.

Wpada na ten przykład taka pani, objuczona zakupami i dzieciarnią, przy czym dzieciarnię od siat czasem trudno rozróżnić, póki się nie usadowią - wtedy siaty zostają, a diablęta się rozbiegają na wszystkie strony. Kobita staje w kolejce, dzieci włażą wszędzie, drą się, a mamusia uspokaja je słowami "Jacuś, nie idź tam! Justynko chodź do mamy!" oczywiście na cały ryj. Oczywiście dzieciarnia nie słucha, na co szanowna mać zwracać uwagi nie raczy.

Oczekuje cierpliwie i trajkotliwie z sąsiadką z parteru (oczywiście zapomniawszy o mówieniu głosem przyciszonym).

- Pani Jadziu, a słyszałam że ta Kowalska spod piątki ma raka macicy!
- Ano ja też. To straszne!

Los chciał, że mnie się zdarzyło tam akurat wpaść.
- Przepraszam panie najmocniej, ale to bank, a nie jarmark. Proszę ciszej.
Gdy odchodzę, słyszę:
- Co za impertynencja!
Oczywiście teatralnym szeptem.

A rozdzieranie japy na salę pełną ludzi o intymnych problemach sąsiadki Kowalskiej to jest co? Przykład do naśladowania? Szczyt dobrego wychowania?

No i wreszcie nadchodzi kolej szanownej maci na zasadzenie dupska na fotelu przy obsłudze. Toteż dupsko siada, najmłodsze dziecię bierze na kolana, nieco starsze wisi jej na szyi a najstarsze wsadza łeb za barierę dzielącą dysponentkę od klienta.

- Wypłatę chciałam! - rzecze mać.
- Dowód osobisty proszę.

I wtedy się zaczyna. Wśród siat, siatek i toreb mać zlokalizować próbuje tę, w której ma dokumenty. Trwa to dobrych kilka minut, ponieważ - jak wiadomo - trudno odróżnić żółtą torbę z napisem Biedronka od damskiej torebki. Wysupławszy uśmiechniętej, mimo zniecierpliwienia i przerażenia wydłużającą się kolejką, kasjerce dowód wzdycha głęboko i z żalem (nie daj pambu zapytać czemu tak wzdycha - naprawdę można się dowiedzieć...). Wziąwszy dowód dysponentka stuka w klawisze, po czym stwierdza:

- Nie mam w bazie klienta o takim nazwisku, przykro mi.
- No jak to - obrusza się mać - mąż ma tu konto!
- A jest pani pełnomocnikiem lub współwłaścicielem konta?
- Jestem żoną!
- chyba nigdy nie była z tego tak dumna.
- Przykro mi, nie mogę dokonać wypłaty jeśli mąż pani do tego nie upoważnił.
- Jak to nie?! A to kurwiarz, a to dziwkarz!
- syczy w stronę, oczywiście, niewinnej dysponentki, nie zważając na otaczającą ją dzieciarnię. - Ja mu pokażę, niech tylko do domu wrócę, szmaciarz jeden!

Wiązanka jest produkowana oczywiście z dupskiem wciąż zasadzonym na fotelu. Trwa powolne, przerywane lamentami, chowanie dokumentu tożsamości. Najmłodsza latorośl się rozpłakuje, najstarsza znika z pola widzenia. Gdy mać wreszcie wychodzi na sali unosi się tylko zapach jej tanich, duszących perfum i echo jej krzyków.

Po powrocie do domu mać zapewne spotka sąsiadkę Kowalską, która - z braku innych problemów w życiu, wysłucha jej lamentów na temat wizyty w banku.
- Wie pani, pani Reniu, teraz to nic nie idzie załatwić. Idzie sobie kulturalnie człowiek do banku. Nie dość, że się nastać trzeba, to jeszcze ta obsługa. Jakaś siksa Cię ucisza, a kasjerki (jakie k%$#@ kasjerki?! - przyp. aut.) to już w ogóle. Siedzi taka bladź, pije kawusię i jeszcze mi pieniędzy wypłacić nie chce! A do kosmetyczki miałam iść, no mówię pani, jak mnie zdenerwowały!

Ale taka szanowna mać nie rozumie, że kasjerka ma kubek z kawą na biurku, bo nie ma chwili, żeby się po dupie podrapać, a co mówić o lataniu do kuchni. I piję tę kawę zimną już czwartą godzinę, bo pociąga łyczkami między klientami. Nie rozumie, że mogłaby wylecieć z pracy za wypłatę nieupoważnionej osobie. I nie rozumie, że o kulturze osobistej zielonego pojęcia nie ma.

Biurwa też człowiek. Trzeba się nad tym zastanowić podczas najbliższej wizyty w urzędzie, na poczcie, czy w banku. Uśmiecha się sztucznie, bo syn odszedł od żony, czasem się zamyśli, czasem jest głodna, czasem śpiąca, spragniona.

Oczywiście nie usprawiedliwiam ich wszystkich. Oczywiście zdarzają się powolne, niedouczone, wredne, śmierdzące biurwiszony. Ale odróżnić nietrudno.

Mówi się, że to relikty PRLu. Ale chyba klienci, mając to na myśli, zapominają, by samemu przestać taki reliktem być. Bo poza biurwą rodem z Polski socjalistycznej, jest też PRLowski petent - przyzwyczajony do walki z urzędnikiem, zaparty, również niedouczony i chamski.

Jeśli ten facet jeszcze raz zadzwoni, to przysięgam, nabluzgam mu do słuchawki, a zapisałam sobie jego numer na wszelki wypadek. Wolno mi. W kodeksie etyki stoi jak byk, że szanować należy klienta, przełożonych i współpracowników. A on nawet nie będzie do końce wiedział, gdzie się dodzwonił.

14:10, moorniredrum
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 sierpnia 2009
Bajka o "miłości" bez happy endu

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

[1 Kor 13, 1]

 

Jak zwykle natchnął mnie Internet. Nie cały, oczywista, choć mój brat twierdzi, że siedząc tyle przed komputerem, zdołałam już trzy razy przeczytać cały Internet.

 

Lekcja 4

Temat: Nieszczęśliwie zakochani i ich nudne i nikomu niepotrzebne wywody w sieci, w miejscach do tego zgoła nie przeznaczonych

 

A teraz czytajcie uważnie, bo przeczytać będziecie musieli drugi raz.

Oglądam ja sobie czasem stronkę demotywatory.pl, która skarbnicą wiedzy i rad życiowych jest niezmierzoną i niewyczerpaną. Starczy podać, że w minutę powstaje około 20 demotywatorów. Serwis służy tworzeniu plakatów o silnym ładunku motywującym lub demotywującym.

I nagle widzę obrazek. Jakiś fotomontażyk, słabej jakości, przedstawiający smutną kobietę. I podpis pod nim. Już absolutnie pomijam fakt, że pasuje ten podpis do tego obrazka jak kijaszek do rzyci.

"Olewasz dziewczynę która, cię kocha a ganiasz za taką co olewa ciebie..." (by pawlik95 @ demotywatory.pl)

Znów jestem zmuszona pominąć błędy w tym zdaniu, choć zachowanie oryginalnej pisowni było dla mnie bardzo trudne (i bolesne). Przechodząc do meritum tego całego wywodu:

Co mnie, dzieciaki kochane, obchodzi, żeście się nieszczęśliwie pozakochiwały?! Czy o tym - skądinąd smutnym - fakcie musi wiedzieć całe Wasze otoczenie sieciowe?! Jak znam delikwentkę, która to (pod sprytnie sfabrykowanym męskim nickiem) wrzuciła, na Sprechen-Sprechen ma opis "ZuAmAnE sErD00shkO :/ :( :( :"(", na naszej-klasie wyrzuciła chłopaka ze znajomych, a na twitterze tonie w otchłani rozpaczy, pisząc o samobójstwie za pomocą świecowej kredki. Ileż można?

Dalej - starając się pojąć sens wywodu, wysuwam zgoła niewesołe wnioski!

Otóż dzisiejsze czternastolatki wolą, żeby chłopiec z nimi "chodził" z litości, nic do nich nie czując, niż żeby chodził z tą, którą lubi. A nie da się jedną miłością obdarzyć dwojga ludzi. Żeby to jeszcze była miłość... Heh, zauroczenie nędzne i prymitywne. I niech mi kto spróbuje wmówić, że trzynastolatek jest zdolny kochać kogoś poza matką, ojcem i rodzeństwem (co i tak nie zawsze im się udaje).

Przesłanie tego obrazka brzmi wręcz: "Jeśli ja się w tobie zakochałam, to mam w dupie to, w kim kochasz się ty, dopóki to nie będę ja". Chore! Do psychiatryka z małolatami! Najpierw się naoglądają seriali typu Hannah Fontannah czy inne Roscoe, a potem żąda księcia z bajki.

Książęta z bajki są wszyscy do siebie podobni. Jeden pajac ogląda Twilight i wzoruje uczesanie na średnioszkolnym niedorozwiniętym wampirze (jakby był dorozwinięty to by pannę zjadł jak na wampira przystało). Potem większość dziewcząt zerka na niego i się zachwyca, jaki on do Patisona podobny. Oczywiście pustogłowy patison prędzej obwiesi pokój plakatami Summer Glau i będzie się przy nich masturbował. Taka natura chłopiąt w tym wieku.

I niech mi kto powie, że dziewczęta dojrzewają szybciej od chłopców. Tam powinien być jeszcze warunek w tej hipotezie - po dwudziestym roku życia. Przedtem wszyscy mają pstro w głowie, gówno wiedzą o miłości i życiu i stanowczo za dużo oglądają amerykańskich seriali dla "młodzieży".

Mam nadzieję, że nie czyta mnie żadna rozhisteryzowana czternastolatka, niech mnie moderacja komentarzy ma w swojej opiece.

19:48, moorniredrum
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 sierpnia 2009
O Rydzykach i innych grzybkach halucynogennych

Ja sam na sobie dokonałem eutanazji, bo się zatruwam trucizną o nazwie alkohol. Dzisiaj byłem w kościele – pierwszy raz od wielu lat – i jak posłuchałem co wy tam za idiotyzmy wygadujecie, to Bogu dziękuję, że jestem alkoholikiem. Nazywam się Marian z Płocka...

Nareszcie wena. Oto natchnięta zbiorem cytatów z radia, co ma ryja, zastanawiać się głębiej zaczęłam nad rakiem trawiącym nasz zdrowy polski naród od wewnątrz - katolickimi radykałami i bojówkami o wdzięcznej nazwie Moherowe Berety. Wszyscy oni mają jeden wspólny mianownik - skrajne zakłamanie. Tak skrajne, że kłamią sami sobie w żywe oczy i sami swoim własnym kłamstwom wierzą.

Bajucha pierwsza - wniebowzięty
Był sobie kiedyś ksiądz radykał. Potrafił nie wpuścić do kościoła kobiety z odkrytymi ramionami, w przykusej kiecce, wyzywającym makijażu. Wymieniał na ambonie z imienia i nazwiska osoby żyjące na kocią łapę, nieślubne dzieci. Skarb - zdawałoby się - dla małomiasteczkowej parafii, gdzie podczas wiejskich dyskotek panuje nadzwyczajne rozluźnienie obyczajów.
Księdzu się zmarło. Był płacz i zgrzytanie zębów. Pytania do Wszechmogącego, czemu takie światełko nadziei zabrał do siebie. Padły nawet słowa wyjaśnienia, że proboszcz był za dobry na ziemski padół i Szef zabrał go do siebie.

Bajucha druga - piekło na ziemi
Był sobie kiedyś chłopiec. Wychowany w wiejskiej rodzinie, jakimś zrządzeniem losu zamieszkałej w podłej mieścinie, gdzie poglądy panowały średniowieczne, a psy dupami szczekały. Miał chłopiec - jak to chłopiec - swoje chłopięce zainteresowania. Prócz tego, przydając chwały rodzicielom swoim, do mszy służył w miejscowej parafii. Ksiądz proboszcz powtarzał, że jest najlepszym ministrantem, częstował go cukierkami. A gdy chłopiec zostawał na naukę po mszy, proboszcz pokazywał mu cuda stworzenia i kazał się nimi napawać. Najczęściej okazywanym cudem stworzenia był - jak się okazało - penis rzeczonego proboszcza.
Chłopiec coraz mniej chętnie służył do mszy. Czasami uciekał przed ostatnim dzwonieniem. Zaczął uciekać z lekcji religii, które prowadził ksiądz proboszcz "przenajświętszy".
Szczęście w nieszczęściu rodziciel jego - jedyny żywiciel rodziny, w małym miasteczku stracił pracę. Wrócili do rodziców na wieś.

Bajucha trzecia - правда
Na pogrzebie proboszcza tylko jeden żałobnik nie ronił łez rozpaczy. Miejscowym jego twarz wydawała się znajoma, nikt jednak nie potrafił przywołać w pamięci twarzy ulubionego ministranta miejscowego proboszcza.
Gdy burmistrz miasteczka skończył przemawiać, mężczyzna podszedł do księdza prowadzącego ceremonię i po zdawkowym "Ja tylko jedno zdanie" stanął przy mikrofonie.
- Ten facet w trumnie był zwykłym pedofilem i gwałcicielem.
Mówił spokojnie i dobitnie, sprawdzając czy każde jego słowo dociera do uszu obecnych.
- Nie wiem, czy gwałcił tylko mnie. Nie macie po kim płakać. I nie spotkacie go w niebie. Mam nadzieję, że się skurwiel smaży w piekle.
Pozostawiając spory tłumek stojący z rozwartymi ustami, odjechał niebieskim audi. Nikt go nigdy więcej nie widział.
Tego samego dnia jeden z byłych ministrantów, wtedy właściciel najlepiej prosperującego gospodarstwa rolnego w gminie, powiesił się we własnej stodole.

Reakcja normalnego człowieka na te bajki jest raczej przewidywalna. "Skurwiel pedofil, jakbym znał to bym zabił", "O Boże, jaki biedny chłopiec, dobrze że się stamtąd wynieśli", "Powinno się wydać wcześniej".

A co z tzw. katolickimi radykałami? Aż mam dreszcze lęku na plecach, gdy pomyślę, co na temat tej sprawy mogłabym usłyszeć na antenie Radia Maryja. Wybierać można spośród powszechnie znanych reakcji słuchaczy i prowadzących audycje:
- "Uważam, że ten chłopak był prowokatorem z SLD!"
- "Jak można takie rzeczy mówić o takim świętym człowieku! Bójcie się Boga! (wersja druga "Bójcie się Ojca Dyrektora!")"
- "Tego chłopaka opętał szatan i pewnie go przysłał, żeby zdeprawował tego świętego człowieka!"
- "Niech do mnie przyjedzie ten @$#@$!, już ja go nauczę szacunku, takich to tylko zabić, powinien umrzeć on, a nie ksiądz n/n!"

Szokujące?

No dajcie spokój. Przecież tymi tekstami od kilkunastu lat kipi RM, a od kilku i TV Trwam. Każdy mówi, że o. Grzybek to zło wcielone. Moim zdaniem został przysłany przez samego Szatana, żeby od środka wytrawić bogobojny naród polski. Za takie stwierdzenie od moherowych bojówek można dostać w łeb. Zapalczywość, z jaką te kobiety nastawiają pięści, przeraża nawet mnie, a różnego kalibru ataki złości miewałam. W oczach widać, że są gotowe zabić. I mówię to z pełnym przekonaniem. Każdą członkinię tego szacownego grona powinno się zamknąć w psychiatryku.

Najdroższy ojcze Rydzyku. Jesteśmy z tobą. Jak by ktoś chciał na ciebie rękę podnieść, to ja nie wiem co bym mu zrobiła... najdroższy i uwielbiony ojcze. Ty jesteś dla mnie więcej jak Bóg... (płacz) Sto razy więcej jak Bóg... ukochany ojcze. Oni wszyscy będą musieli z tego kiedyś zdać świadectwo. Przed Bogiem i przed tobą, bo ty będziesz siedział na jego prawicy.

A Bóg słucha.

NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ.

Masz czas na zastanowienie się, nim przeczytasz dalej.
.
.
.
.
.
.
Dotarło?

Słuchacz: – W Oświęcimiu nigdy nie było komór gazowych. Ta propaganda głoszona jest przez lobby homoseksualistów amerykańskich.
o. Piotr: – Chyba przez lobby żydowskie.
Słuchacz: – A to nie na jedno wychodzi?

JEZUS BYŁ ŻYDEM.
JEZUS BYŁ ŻYDEM.
JEZUS BYŁ ŻYDEM.
JEZUS BYŁ ŻYDEM.
JEZUS BYŁ ŻYDEM.

A teraz myśl.
.
.
.
.
.
.
Dotarło?

Jeśli nie - zapraszam na mordobicie. A że ukrywam się za nickiem - telefonów komórkowych się nauczyliście obsługiwać, to może i zaawansowana obsługa Internetu kiedyś do Was dotrze.

Jeśli tak - współczuję. Może być ciężko. Babcia może wydziedziczy. Odetnij kabel od radia i zacznij myśleć.

Amen

Moorniredrum
Stowarzyszenie Jednoosobowe Zwalczające Moherowe Bojówki

12:29, moorniredrum
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 czerwca 2009
Bida z nyndzo panie

- I jak było?
- Smutno...
- Smutno? Na komunii?
- A bo to bida z nyndzo psze pani...

Przychodzi taki dzień, że musi człek zebrać dupę w troki i wyruszyć na samiuśki koniec świata. Wytarabani się z całym swym jestestwem po polskich drogach, wymiętoli w pociągu, wymarznie próbując w niedzielę o 9:00 rano złapać okazję. I dotrze tam, gdzie psy dupami szczekają. Do Rodziny.

Rodzina rzecz święta, tym świętsza im liczniejsza - rachunek prosty - moja jest przenajświętszą z rodzin. Dzieciów jak mrówków. Po ośmioletniej rozłące trudno najdrobniejsze poznać. Niektórych jeszcze na świecie nie było kiedy ostatni raz tam byłam. Znam ich tylko ze zdjęć na n-k. Oczywiście foty bohate, słodkie, pięknuśne.

I przekracza człek średniego wzrostu próg chałupy (nie nazwałabym tego nigdy domem) prawie zahaczając łepetyną o framugę. Zaraz zaczyna go oblepiać wszechobecny brud i syf. Kurz, który wycieram co tydzień z wielkim fochem sam by uciekł na widok tego, co zastaje się na końcu świata. W duchu cieszę się, że nie założyłam jasnych ubrań. A im głebiej tym tego więcej. Duszące i przytłaczające wrażenie. W pokoju, w którym ma się odbyć przyjęcie na podłodze w wiadrze dziewczynka miesza sałatkę. Rękoma. Którymi wcześniej wytarzała na podwórku kilka zapchlonych kundli. Ale nie takie rzeczy się jadło - da się przeżyć. Dalej złączone stoły obstawione wszystkim, na czym da się siedzieć. Wszystko ledwie trzyma się kupy.
I duma rodziny. Laptop, czy może bardziej netbook. Za 160zł miesięcznie z Internetem. Za 160zł miesięcznie można zapłacić ratę za nowe meble. Ale po co?
Dyskretnie podpytuję za jakie nędzne środki żyją. Bagatela 500zł za dziecko. Razy sześć. Łapię się za głowę. Moi rodzice mieli 300zł na osobę po odliczeniu wydatków (nie wspominam, że Rodzina czynszu nie płaci, a na prąd łoży ledwie chodząca matka). I jakoś nas ubierali, mieliśmy sprawne sprzęty AGD, nie zarośliśmy brudem, nie zeżarły nas wszy, spaliśmy na wygodnych łóżkach. Ba - nawet kilka złotych kieszonkowego mieliśmy co miesiąc.
Po takich obrachunkach znów łapię się za głowę. Ale nie z zazdrości. Absolutnie. Mnie moja najniższa krajowa na razie w zupełności wystarcza. Powala mnie niegospodarność. Raz na miesiąć wziąć pieniądze i przetracić. Na cokolwiek. Laptop, komputer, telewizor, maszynkę ssąco-ciupciającą. Byle tylko wrócić do błogiego i znanego status quo.
Byle znów była bida.

- A sąsiadka nie ma konta na naszej klasie!

Masz się czym kurwa chwalić.
Zmiany są trudne i ciężkie. Wygodniej żyć w ubóstwie mając z zasiłków więcej niż niejedna ciężko pracująca rodzina. Łatwo na pytanie "Co słychać?" odpowiedzieć "Stara bida".

Bida oj bida. Nawet bida z nyndzo. Ale w tych durnych zakutych łbach.

14:57, moorniredrum
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 maja 2009
O prawnikach z wieloletnim stażem, czyli jak ukończyć Uniwersytet Dowolny bez podstaw gramatyki języka polskiego...

Dziś nie będzie bajuchy, bo bajuchy powinny dobrze się kończyć, a ta kwestia do niczego dobrego nie prowadzi.

I znów natchnęło mnie pewne Forum, na którym nieprzyjemność mam bytować. I to nie dlatego, że samo Forum jest be. Ba, nawet większość użytkowników ma łeb na karku. Ale niektóre zjawiska potrafią zabić. I to nawet już nie śmiechem...

Otóż na tym Forum egzystuje sobie, oprócz stadka Świętego Bydła, również niemała grupka osób z tytułem co najmniej profesora z dziedziny prawa karnego i cywilnego, public relations, zarządzania zasobami ludzkimi, polonistyki i etyki. Oczywiście każdy posiada dyplom, habilitację i inne papiórki potrzebne do zostania jaśnie oświeconym mentorem wśród zbiegowiska średniowiecznie ciemnego luda. Papiórkami tymi legitymuje się na prawo i lewo, oznajmniając, iż "jako prawnik z wieloletnim starzem ostszegam"* oraz "tak się składa rze jestems specialistom w tej dziedzinie"*, by przypomnieć przytłaczającej ich ciemnogrodzkiej masie, że są ponad nimi wszystkimi, ponieważ "posiadajom dyplom"**.

Zastanawiam się czy w tymże przypadku można się zaśmiać czy chociażby pokiwać głową z politowaniem. Gdyż to woła o pomstę do któregokolwiek z nieb - katolickiego, indiańskiego czy ludów Kaukazu. Na bogów, jaka uczelnia pozwala zdobyć tytuł magistra osobie, która nie potrafi napisać spójnika "że" nie robiąć błędu ortograficznego, która musi się bardzo starać, by spójnik "który" napisać tylko z jednym takimże błędem! Jeśli takie uczelnie są w Polsce, to ja się zrzekam obywatelstwa tego kraju!

Dalej - jeśli prawnik z wieloletnim stażem nie potrafi napisać jednego zdania poprawnie to - na litość Buddy - jak on wykonuje swoją pracę?!

Ale wytłumaczenie jest jedno i chyba każdemu z ilorazem inteligencji wyższym niż iloraz inteligencji dwu kopulujących pantofelków nasuwa się ono od razu po przeczytaniu wypocin takiego delikwenta. Stąd apel:
Niunie moje. Misie pysie, ciapciaki kochane. Przestańcie grać w Internecie doktorów prawa i profesorów etyki, kiedy napisanie słowa "który" sprawia Wam problem a gdy ktoś użyje słowa "imponderabilia", macie wrażenie, że Was obraża. Dobry aktor przygotowuje się do roli. Czyta dokładnie Słownik Ortograficzny i pilnie googla przepisy prawa cywilnego. Dba o autentyczność roli. Nie róbcie z siebie pośmiewiska. Nie bądźcie żalośni.
Trzynastoletni Maciusiu, który masz problemy z przejściem do następnej klasy, który myślisz, że Stary człowiek i morze to poradnik dla impotentów, dokonaj teraz aktu wyłączenia komputera i weź najbliższą książkę do ręki. Weź nawet gazetę.

Zidiocenie potrafi wykończyć nawet najtwardsze jednostki, ale ja się nie dam. Może kogoś da się uratować...

 


 

* Zachowana oryginalna pisownia.
** Twórczość własna inspirowana poprzednimi cytatami. 

19:38, moorniredrum
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 maja 2009
O świętych krowach (notka bynajmniej podróżnicza)
Zjawisko nie nowe, ale całkiem nieobszernie opisywane to - Święta Krowa Internetowa.

Inspiracją dla napisania tej notki jest pewien Święty Krowi Placek z pewnego Forum, wszelkie kondolencje proszę składać szanownej maci.

Każdy z nas (chyba, że czytasz wydrukowaną wersję notki - wtedy zatłucz tego, kto Ci to dał i wyślij maila do mnie - zgłoszę się po tantiemy) ma dostęp do pewnego bardzo niebezpiecznego narzędzia. Internetu. Ale spora grupa (mam nadzieję, że 100% czytających tę notkę) jest w pełni świadoma praw i obowiązków wynikających z odpalenia przeglądarki. Unfortunately - nie wszyscy.

Zjawisko, które dziś doprowadziło mnie do skopcenia połowy zapasu najlepszego fajkowego ziela (dla niekumatych - tytoniu, nie marihuany), ochrzciłam mianem Świętej Krowy Internetu.

Zjawisko jest bardzo proste - najpierw toto upatruje sobie miejsce bytowania. Łączkę pełną trawy do żucia, na którym bytuje stosunkowo niewiele takich stworów (forum onetu odpada) i zaczyna żerowanie. Ale na początku Krowa jest zjawiskiem zgoła niewinnym, a nawet pożytecznym. Robi sobie opinię. Obrasta w tłuszcz kolektywnie skubiąc trawkę z owieczkami pospołu. Ale nie przestaje być czujna. Do każdej owieczki ma cierpliwość, z każdą rozmawia. Staje się powolutku guru, w swoim mniemaniu oczywiście. W tym czasie jego tłuszcz rośnie w postępie arytmetycznym, zaś ego w postępie geometrycznym.

Natomiast negatywnym zjawiskiem staje się Święta Krowa Internetowa dopiero gdy pozycję zaczyna tracić. A bo to się okazuje, że nie taka znów mądra jak się malowała. No i łączki nie są stałe. Łączki się zmieniają. Owieczki widzą, że Krowa jest Krowa i sobie prędzej jakiego barana wybiorą na szefa stada niż Krowę.

I wtedy Krowa staje się modelem BSE.

Najpierw leci foch z przytupem. Krowa spierdala z łączki z hukiem, zabierając nawet własne placki z trawy. Zapada miła cisz, którą przerywają tylko bzyczące muchy. Może i by nie wróciła, gdyby nie to ego, które się w furtce wyjściowej zaklinowało i któremu dobrze na tej łączce.

Dlategoż Krowa wraca i zaczyna się zachowywać jak szef stada, nie zauważywszy zza swojego tłuszczu, że rządzą nim teraz same Owce i Barany. Każdy ma go w głębokim poważaniu. (Prócz nielicznego fanklubu, który przemian społecznych na łączce nie zauważył, ale to margines intelektualny łączki, niewart dłuższego wspomnienia). Samozwańczy szef szefów Krowa próbuje wrócic do łask. Ale już nie jest wszystka trawa jego. Teraz za uskubanie źdźbła z poletka owieczki może dostać baty... Krowa miota się coraz bardziej. Coraz mniej myśli. Potyka się o własne nogi obsrane z tyłu i nie czyszczone nawet przez Wiernych.

I każdy ma Krowę głęboko. Przegania kijem.

Rada? Krowę należy olać obficie ciepłym moczem. Pogonić kijem. Albo łańcuchem.
Kiedyś sobie pójdzie.

Będzie więcej miejsca na łączce... :) 
22:56, moorniredrum
Link Komentarze (2) »